Triki z lat 90. przechodziły same siebie. Radziłyśmy sobie z tym, co miałyśmy
Loki w stylu lat 90. znów są na topie - gęste, sprężyste, z wyraźnym skrętem i dużą objętością, inspirowane fryzurami gwiazd tamtej dekady. Wtedy w wielu domach brakowało dzisiejszych lokówek z regulacją temperatury, suszarek z dyfuzorem czy profesjonalnych kosmetyków termoochronnych. Jeśli chciało się mieć "burzę loków", trzeba było kombinować z tym, co akurat było pod ręką. Dziś popularne są domowe sposoby na loki: skręcanie włosów na pasek od szlafroka, skarpetki czy zwinięty T‑shirt. W testach takich metod podkreśla się, że efekty są bardzo różne w zależności od typu włosów, ich długości i użytych kosmetyków, a część trików okazuje się po prostu niewygodna lub mało trwała. Mimo to jedno się nie zmieniło - wciąż kuszą nas "sprytne" patenty, które obiecują spektakularne loki bez profesjonalnego sprzętu. "Parówka" na włosy to właśnie taki patent z czasów, gdy parówki kojarzyły się głównie z oczyszczaniem twarzy. Klasyczna parówka polega na pochyleniu się nad miską lub garnkiem z gorącą wodą, nakryciu głowy ręcznikiem i krótkim "parowaniu" cery, by rozpuścić zanieczyszczenia i ułatwić wchłanianie składników pielęgnacyjnych. Ktoś wpadł na pomysł, by podobny zabieg zastosować… na włosy. Kobieta z gęstymi lokami w stylu lat 90. o dużej objętości
Parówka na kręcenie się włosów. Wypróbowałam ten trik
W wersji, którą postanowiłam sprawdzić, cały rytuał wyglądał bardzo "domowo". Najpierw dokładnie umyłam włosy, nałożyłam lekką odżywkę, a na koniec produkt podkreślający skręt, tak jak zaleca się przy pielęgnacji loków, kiedy chcemy uniknąć puszenia i przesuszenia. Wilgotne pasma podzieliłam na kilka sekcji i skręciłam w ślimaki, upinając je klamrami u nasady - to miało zastąpić wałki. Kolejny krok przypominał dobrze znaną parówkę na twarz.
Do dużego garnka wlałam gorącą wodę, ustawiłam go stabilnie na stole i nachyliłam się tak, by upięte włosy znalazły się nad unoszącą się parą. Głowę i ramiona przykryłam ręcznikiem, tworząc coś w rodzaju "namiotu". Podobnie jak przy parówce do cery, trzeba zachować bezpieczną odległość od wrzątku i nie przedłużać zabiegu - standardowo poleca się kilkanaście minut, by nie podrażnić skóry.
Zobacz również: Czy włosy można suszyć od razu po ich umyciu? Zastosuj tę zasadę, a będą wysuszone szybciej niż myślisz
Przez około 10 minut siedziałam więc nad parującym garnkiem, czując, jak wilgotne włosy i skóra głowy nagrzewają się jak w mini-saunie. Po zdjęciu ręcznika pasma były miękkie, "rozpulchnione" i mocno wilgotne od kondensującej się pary. Odczekałam, aż niemal całkiem wyschną, rozpuściłam ślimaki i lekko odgniotłam loki dłońmi z odrobiną serum wygładzającego, tak jak zalecają poradniki dla posiadaczek kręconych włosów. Efekt wizualny? Spektakularny. Loki były sprężyste, gęste i błyszczące, z mocnym skrętem na całej długości. Fryzura przypominała połączenie nowoczesnych "beach waves" z klasyczną trwałą z lat 90. Wieczorem wyglądało to jak po wyjściu od fryzjera - zero prostownicy, zero lokówki. Problem w tym, że na tym kończy się część, którą jestem skłonna powtórzyć. Porównanie suchych zniszczonych włosów i zdrowych błyszczących loków
Dlaczego więcej nie powtórzę tego zabiegu?
Już w trakcie "parówki" skóra głowy zaczęła mocno się nagrzewać. Mimo że trzymałam włosy w rozsądnej odległości od wrzątku, czułam narastające pieczenie - podobne ostrzeżenia pojawiają się zresztą przy parówkach do twarzy, gdzie podkreśla się konieczność zachowania dystansu od naczynia i ograniczenia czasu zabiegu, by nie podrażnić skóry. Tutaj dodatkowo dochodziły mokre, rozgrzane pasma, znacznie bardziej wrażliwe niż sama cera. Włosy w stanie mocnego zawilgocenia i nagrzania są szczególnie podatne na uszkodzenia mechaniczne - łatwiej się rozciągają, łamią i tracą gładką strukturę. W tekstach poświęconych zniszczonym włosom przypomina się, że częste poddawanie ich wysokiej temperaturze (lokówka, prostownica, gorące powietrze suszarki) prowadzi do kruchości, łamliwości i matu. W praktyce "parówka" na włosy działa bardzo podobnie - tyle że w mniej kontrolowany sposób, bez precyzyjnej regulacji temperatury.
Następnego dnia loki wciąż wyglądały dobrze, ale końcówki stały się wyraźnie bardziej suche, a cała fryzura zaczęła przypominać to, co posiadaczki loków nazywają "sianem na głowie". Artykuły o pielęgnacji kręconych włosów podkreślają, że ten typ włosa i tak ma skłonność do przesuszenia i puszenia - wymaga delikatnego obchodzenia się, odżywek, olejków i unikania agresywnych zabiegów. Dokładanie do tego ekstremalnego kontaktu z gorącą parą to igranie z kondycją włosów.
Z perspektywy czasu widzę, że kosmetyczny zysk nie równoważy ryzyka. Skóra głowy nie lubi przegrzewania, a włosy - gwałtownych zmian temperatury i długotrwałego przebywania w wysokiej wilgotności. Znacznie rozsądniej jest sięgnąć po metody, które łączą efekt z bezpieczeństwem: zakręcanie na pasek od szlafroka czy skarpetki, testowane na średniej długości, podatnych włosach z bardzo dobrym rezultatem, albo nowocześniejsze rozwiązania, jak termoloki, które nie wymagają suszenia bardzo gorącym strumieniem powietrza.

